Tutaj, na dole

Wprowadzenie
– Ekhem... Nie chciałbym zakłócać tak uroczystej chwili. Chciałem tylko zapytać...
Odwróciłem się gwałtownie. Nieznajomy stał obok, wsparty łokciami o barierkę. Nie słyszałem kroków. Nie zauważyłem, kiedy podszedł. Po prostu tam był. Wysoki, szczupły, w długim ciemnym płaszczu. Siwe włosy poruszały się lekko na wietrze. Paskudna blizna przecinała mu twarz od czoła aż po podbródek.
– Nie mam drobnych – rzuciłem odruchowo.
Mężczyzna uniósł brwi. – Drobnych? Ależ mój drogi, ja nie proszę o jałmużnę. Zastanawiałem się tylko, czy ta woda nie jest odrobinę za zimna. Zwłaszcza dla kogoś, kto już tyle wypił.
Wyprostowałem się. – Co ty tak ludzi straszysz po nocy? Prawie wpadłem do rzeki.
– Wpadłeś? – Spojrzał na mnie z nagłym zainteresowaniem. – Ciekawe słowo.
– Co w nim ciekawego?
– Sugeruje przypadek. Człowiek się potknął, poślizgnął, zawiał wiatr. Tymczasem ludzie rzadko wpadają do Wisły o północy w listopadzie. Zazwyczaj najpierw dość długo stoją.
Poczułem, jak resztki ciepła odpływają mi z twarzy.
– Najmocniej przepraszam, ale nie rozumiem, o co ci chodzi. Pójdę już. Dobrej nocy.
Cofnąłem się od barierki.
– Zaczekaj, bracie. Nie zamierzam cię zatrzymywać. Chciałem tylko uprzedzić, że akurat tutaj rzeka naniosła przez lata tyle mułu, że zamiast utonąć, utknąłbyś po pachy w błocie.
Zamilkł, spoglądając w dół.
– Przy odrobinie pecha połamałbyś jeszcze nogi o kamienie. Potem strażacy wyciągaliby cię stamtąd przez pół nocy. Dużo krzyku, koce, policja, pytania. Bardzo nieprzyjemna historia. Dla wszystkich.
– Skąd możesz wiedzieć, co chciałem zrobić?
– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Omawiam wyłącznie warunki terenowe.
– O północy?
– Rzeka nie zamyka się na noc.
Przyglądałem mu się uważniej. Wyglądał na czterdzieści kilka lat, może pięćdziesiąt. Trudno było ocenić. Twarz miał zmęczoną, ale oczy zbyt przytomne jak na człowieka spacerującego samotnie po moście o tej porze.
– Dawniej było tu lepiej – powiedział, nadal patrząc na wodę. – Głębiej. Człowiek przynajmniej wiedział, czego się spodziewać.
– Dawniej?
– Zanim zaczęli regulować rzekę. Partacze.
Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyciągnął niewielką metalową piersiówkę.
– Napij się.
– Już piłem.
– Zauważyłem. To jednak nie powód, żeby na koniec wieczoru pić byle co.
Odkręcił nakrętkę i podał mi naczynie.
– Co to jest?
– Dzięgielówka.
– Domowa?
– Wszystko kiedyś było domowe.
Powąchałem ostrożnie. Alkohol pachniał korzeniami, ziemią i czymś gorzkim. Wziąłem łyk. Palił mocniej niż wszystko, co wypiłem wcześniej tego wieczoru. Ciepło zeszło do żołądka i rozlało się po całym ciele. Odetchnąłem, nie zdając sobie wcześniej sprawy, że od dłuższej chwili prawie nie oddychałem.
Nieznajomy odebrał piersiówkę i sam pociągnął z niej solidny łyk.
– Władysław – przedstawił się.
– Fryderyk.
– Fryderyk – powtórzył. – Porządne imię.
Schował piersiówkę.
– Chodźmy stąd.
– Dokąd?
– Niedaleko jest miejsce, gdzie można usiąść.
– Nie znam cię.
– Wiem. Gdybyś mnie znał, spieralibyśmy się już od pół godziny.
Ruszył w stronę Kazimierza. Nie obejrzał się, żeby sprawdzić, czy idę.
Zostałem przy barierce. Wisła płynęła pod mostem dokładnie tak samo jak przedtem. Opary nad wodą zaczynały gęstnieć, zasłaniając przeciwległy brzeg. Dzwony dawno ucichły. Władysław oddalał się spokojnym krokiem, z rękami schowanymi w kieszeniach płaszcza.
Poszedłem za nim.
Nie zapamiętałem drogi. Nie dlatego, że byłem pijany. Rozpoznawałem ulice, ale pojawiały się w niewłaściwej kolejności. W pewnym momencie po lewej stronie znowu mignęła mi Wisła, chociaż od kilku minut szliśmy w głąb Kazimierza. Kiedy obejrzałem się za siebie, zobaczyłem tylko ślepą ścianę kamienicy.
Władysław nie zwolnił. Skręcił jeszcze dwa razy i zatrzymał się przed lokalem, który sam minąłbym bez zastanowienia. Otworzył drzwi. Najpierw usłyszałem brzęk tłuczonego szkła. Dopiero kiedy wszedłem do środka, kieliszek stojący na skraju najbliższego stolika zachwiał się, spadł i rozbił o podłogę dokładnie tym samym dźwiękiem.
Siedzący przy nim mężczyzna spojrzał w dół.
– Znowu – mruknął i podniósł rękę w stronę baru.
Barman już niósł szufelkę. Władysław odwiesił płaszcz i ruszył dalej, nie zwracając na to uwagi. Sala ciągnęła się w bok, pod sąsiednimi kamienicami. Na Kazimierzu nie musiało to jeszcze niczego oznaczać.
Przy pierwszym stoliku siedziało czterech mężczyzn. Jeden z nich wstał, minął mnie przy wejściu i wyszedł na ulicę. Przy stoliku nadal siedziało czterech. Policzyłem jeszcze raz.
– Dwie – rzucił Władysław w stronę baru.
– Już nalałem – odpowiedział barman.
Na końcu kontuaru stała ciemna butelka i dwa pełne kieliszki. Barman zabrał je ze sobą, wskazał nam wolny stolik pod ścianą i postawił alkohol na blacie. Usiadłem plecami do muru, z widokiem na wejście.
– Dzięgielówka – powiedział Władysław.
– Wiem. Próbowałem na moście.
– Tamta była moja. Ta jest miejscowa.
– Duża różnica?
– Ogromna. Moja jest lepsza.
Przesunął kieliszek w moją stronę.
– To jakaś miejscowa tradycja?
– Nie. Zwykłe pijaństwo. Tradycje wymagają lepszego przygotowania.
Wypił swoją porcję i natychmiast nalał następną. Knajpiana dzięgielówka była bardziej cywilizowana od tej z piersiówki. Nie znaczyło to, że była słabsza. Po pierwszym łyku przestałem czuć listopad w palcach. Po drugim uznałem, że wcześniej zwyczajnie pomyliłem się przy liczeniu.
Władysław obserwował mnie ponad brzegiem kieliszka.
– No dobrze – powiedział. – Po co przyszedłeś na most?
Spojrzałem w stronę okna. Za zaparowaną szybą przesuwały się światła, lecz żaden dźwięk z ulicy nie docierał do środka.
– Może lubię mgłę.
– Nie wyglądasz na człowieka, który cokolwiek dziś lubi.
Nie odpowiedziałem. Boruta nie naciskał. Zajął się butelką, jakby właśnie ona była głównym powodem naszej obecności. Nalał nam ponownie, przywołał barmana ruchem dłoni, zamówił coś do jedzenia, a potem rozpoczął krótki spór o to, czy poprzednim razem zapłacił rachunek.
– Nie zapłaciłeś – powiedział barman.
– Zostawiłem pierścień.
– Ukradziony.
– Zdobyczny.
– Właściciel przyszedł po niego następnego dnia.
– I odzyskał. Wszyscy byli zadowoleni.
Barman popatrzył na niego bez cienia rozbawienia.
– Poza mną.
– Nie można zadowolić wszystkich.
Kiedy odszedł, Władysław zwrócił się ponownie do mnie.
– Dokąd miałeś iść potem?
– Nigdzie.
– Gdzie mieszkasz?
Podałem mu nazwę dzielnicy.
– Nie o to pytam.
– W takim razie źle sformułowałeś pytanie.
Uśmiechnął się lekko.
– Wojsko?
Spojrzałem na niego.
– Po czym poznałeś?
– Wybrałeś jedyne miejsce, z którego widać wejście i bar. Poza tym nie patrzysz ludziom najpierw w twarz.
– Tylko?
– Najpierw sprawdzasz ręce.
– Już nie służę.
– To wiele wyjaśnia.
– Co dokładnie?
– Nic. Lubię mówić rzeczy, które brzmią, jakbym wiedział więcej, niż wiem.
Na stole pojawił się talerz z grubymi kromkami chleba, kiszonymi ogórkami i kawałkiem zimnej pieczeni. Nie zauważyłem, kiedy barman zdążył go przynieść. Władysław zabrał się do jedzenia.
– Masz jakiś plan? – zapytał z pełnymi ustami.
– Na co?
– Na jutro.
Pytanie było tak zwyczajne, że przez chwilę nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
– Nie.
– Pojutrze?
– Też nie.
– Na przyszły tydzień?
– Powiedziałem, że nie mam planu.
– Doskonale.
Odłożył chleb i otarł palce o serwetkę.
– W takim razie jutro jesteś wolny.
– Do czego?
– Muszę odebrać pewną rzecz.
– Jaką rzecz?
– Gdybym mógł ją odebrać sam, nie potrzebowałbym ciebie.
– Nie znasz mnie.
– Znam dostatecznie dużo.
– Czyli co?
– Nie uciekłeś, kiedy się do ciebie odezwałem. Nie próbowałeś mnie okraść. Wypiłeś dzięgielówkę bez marudzenia. To więcej, niż mogę powiedzieć o większości moich znajomych.
– Nie zgodziłem się.
– Jeszcze nie.
Nalał mi kolejny kieliszek.
– Co to za rzecz?
– Niewielka.
– Nie pytałem o rozmiar.
– Stara.
– To też nie jest odpowiedź.
– Zaczynasz rozumieć zasady.
Popatrzyłem na niego. Siedział rozparty na krześle, jakby noc należała do niego razem z knajpą, mostem i całą resztą miasta. Jeszcze godzinę wcześniej wszystko wydawało mi się nieruchome i skończone. Teraz przede mną siedział obcy człowiek, który najwyraźniej uznał mój brak przyszłości za wolny termin w kalendarzu.
– To nielegalne? – zapytałem.
Boruta zastanowił się.
– Dla kogo?
– To niepokojąca odpowiedź.
– Poczekaj, aż usłyszysz plan.
Za oknem nadal była noc. Nie wiedziałem, jak długo tam siedzieliśmy. Pamiętam tylko, że kiedy Władysław wstał od stołu, wstałem razem z nim.
